Bp Kallistos Ware
Teologia nabożeństwa

I

   "Najważniejsze to stać przed Bogiem z umysłem w sercu i trwać w tym staniu nieustannie w dzień i w nocy, aż do końca życia"1, stwierdza biskup Teofan Zatwornik (1815-94). W tej zwięzłej, acz dalekowzrocznej definicji nabożeństwa, biskup Teofan podkreśla trzy elementy: pierwszy stanie przed Bogiem, to istota nabożeństwa; drugi to stan, w jakim człowiek powinien zanosić modlitwę: z umysłem w sercu; trzeci to czas przeznaczony na modlitwę: nieustannie, w dzień i w nocy, do końca życia.

   Tak więc nabożeństwo czy modlitwa oznacza przede wszystkim STANIE PRZED BOGIEM. Zwróćmy uwagę na obszerność definicji biskupa Teofana. Modlić się nie koniecznie oznacza kierować do Boga prośbę o coś; to wcale nie musi być nawet zwracanie się do Boga, gdyż bardzo często najgłębszą! najbardziej usilną modlitwą jest po prostu oczekiwanie na Boga w milczeniu. Bez względu na to czy oddajemy Bogu cześć za pomocą słów, poprzez symboliczne i sakramentalne działania czy też w milczeniu, nasza zasadnicza postawa jest zawsze taka sama: stoimy w obliczu Boga. To stanie przed Bogiem oznacza, że nabożeństwo jest spotkaniem, zdarzeniem, do którego dochodzi pomiędzy osobami. Celem nabożeństwa nie jest powodowanie wzruszenia czy też wywoływanie stosownych postaw moralnych, lecz wchodzenie w bezpośredni i osobowy kontakt z Bogiem Trójcą Świętą. "Tak jak przyjaciel rozmawia ze swym przyjacielem", pisze św. Symeon Nowy Teolog (949-1022), "tak człowiek rozmawia z Bogiem i ośmiela się stać przed obliczem Tego, który spoczywa w niedostępnej światłości."2 Św. Symeon wskazuje tutaj na dwa bieguny chrześcijańskiego nabożeństwa, dwa przeciwstawne aspekty tej osobowej relacji: Bóg "spoczywa w niedostępnej światłości" a jednak człowiek jest w stanie "ośmielić się" zbliżyć i rozmawiać z Nim "tak jak przyjaciel rozmawia ze swym przyjacielem". Bóg jest ponad wszelkim bytem, jest nieskończenie odległy, niepoznawalny, "Zupełnie Inny", misterium tremendum et fascinosum .Jednocześnie ten transcendentny Bóg jest wyjątkowo blisko, wokół nas i w nas. Jest wszędzie i wszystko wypełnia" (cs. wiezdie syj i wsia ispolniajaj - jak mówi prawni sławna modlitwa do Ducha Świętego); w pamiętnych słowach Mikołaja Kabasilasa (ok. 1320 - ok. 1391), Bóg jest "milszy od najlepszego przyjaciela, o wiele bardziej sprawiedliwy niż najlepszy władca, oddany bardziej najlepszy ojciec, jest częścią każdego z nas o wiele bardziej niż każdy z naszych członków, niezbędny nam bardziej niż nasze własne serce".3

   Tak więc w nabożeństwie chrześcijanin stoi przed Bogiem z dwojakim nastawieniem, świadom "bliskości a jednak inności Wiecznego", jak ujęła to Ewelyn Undelhill.4 Podczas modlitwy wiemy odczuwa zarówno miłosierdzie, jak i osąd Boży, Jego dobrotliwość i Jego srogość.5 Do końca swego ziemskiego życia stoi ciągle pomiędzy pewnością siebie i trwogą, "pomiędzy nadzieją i obawą" jak ujął to starzec Amwrosij z Optino (1813 - 1891). To podwójne nastawienie w uderzający sposób widoczne jest w prawosławnym nabożeństwie, które zawsze z niezwykłym powodzeniem łączy te dwie właściwości misterium i swobody: "...tak dogłębnie świadome misterium Transcendentnego a jednocześnie tak dziecięco ufne w swym podejściu".6 Evelyn Underhill przedstawia obydwie te charakterystyczne cechy w swej relacji o prawosławnym nabożeństwie, w którym uczestniczyła 30 czerwca 1935 r.: "Ten ranek był taki nieswój, dziwny. Bardzo brudna i nędzna sala prezbiteriańskiej misji, gdzie co drugi tydzień Rosjanie mogli zbierać się na Liturgii. Przypominający rekwizyt ikonostas i kilka współczesnych ikon.. Podłoga zbyt brudna, żeby na niej uklęknąć i ława wzdłuż ściany... A pośród tego wszystkiego dwóch wspaniałych podstarzałych księży i diakon, chmury kadzidlanego dymu i wszechogarniające ponadnaturalne odczucie w czasie Anafory".7

   W tekstach liturgicznych chrześcijańskiego Wschodu te przeciwstawne odczucia nadziei i trwogi, zaufania i bojaźni ciągle pojawiają się obok siebie. Przenajświętsze Dary są "życiodajnym i strasznym misterium" (cs.żywotworiaszczija i strasznyja tajny). - Bojaźń i pełne miłości zaufanie ida w parze, gdy wierni wzywani są do podejścia do czaszy słowami; "Z bojaźnią Boża, z wiara i miłościa przystapcie" (cs. So strachom Bożiim, s wieroju i lubowiju pristupitie). W napisanej przez św. Symeona Nowego Teologa modlitwie przed przystąpieniem do Komunii Świętej mówimy:

"Radując się i drżąc jednocześnie,
Ja, który źdźbłem jestem, przyjmuję Ogień 
I, o dziwny cudzie! 
Jestem niewypowiedzianie odświeżony,
Jak krzew, 
Który płonął, a jednak nie ulegał spaleniu."

   "Radując się i drżąc jednocześnie": tak właśnie powinniśmy stać przed Bogiem. Nasze nabożeństwo powinno odznaczać się żywym poczuciem czci i skruchy, gdyż straszną rzeczą jest trafić w objęcia żywego Boga; w równym stopniu powinno być ono nacechowane swojskim poczuciem domowego ciepła i tkliwej prostoty, gdyż tenże żywy Bóg jest naszym bratem i naszym przyjacielem. W czasie nabożeństwa jesteśmy zarówno sługami przed tronem Króla Niebios, jak i dziećmi uszczęśliwionymi przebywaniem w domu Ojca. O św. Symeonie zapisano, że nigdy nie przystąpił do Komunii bez przelania łez; zważając na swą niegodność - "Ja, który źdźbłem jestem " - ronił łzy pokajania i jednocześnie były to łzy radości, jako że doświadczał miłosiernego zmiłowania Boga. "Ci którzy skosztowali daru Ducha, są świadkami dwóch rzeczy jednocześnie: z jednej strony radości i pocieszenia; z drugiej drżenia, bojaźni i smutku" - stwierdza w swych "Homiliach" św. Makary (IV-V w.).8 Obydwa te uczucia powinny charakteryzować nasze nabożeństwo, jeśli mamy stać poprawnie w Bożej obecności.

II

   Modlić się czy też sprawować nabożeństwo to również stać przed Bogiem Z UMYSŁEM W SERCU. Jest to stanie z umysłem, gdyż jesteśmy stworzeniami rozumnymi, które św. Klemens nazwał "logicznymi owcami", i dlatego nasze nabożeństwo musi być logiki latreia, "rozumnym nabożeństwem", które obejmuje nasz rozum i zdolności intelektualne. Ponieważ jednak człowiek to coś daleko więcej niż jego zdolności umysłowe, nasze nabożeństwo nie może pozostawać wyłącznie w sferze działalności mózgu, ale musi stać się również czynnością rozumu w sercu. "Serce" w tym kontekście powinno być pojmowane w semickim i biblijnym znaczeniu tego słowa, które oznacza tu nie tylko emocje i uczucia, lecz pełnię osoby człowieka: jest ono głównym centrum ludzkiego istnienia, centrum człowieka pojmowanego jako "podmiot duchowy".

   Tak więc w naszym nabożeństwie rozum powinien jednoczyć się z sercem; mózg i możliwości rozumu nie są bynajmniej odrzucane, gdyż są darem Bożym, ale muszą być zintegrowane z wszystkimi innymi warstwami naszej osobowości. Cytujšc ponownie Evelyn Underhill, nasze doświadczenie Boga "wypływa z głębi poczucia przekształcenia i wprowadzenia do pełnego aktu nabożeństwa głębokich instynktownych pokładów naszego umysłu." 9
   "Z umysłem w sercu." W tym "pełnym akcie nabożeństwa" musimy stać przed Bogiem z całym człowiekiem: ze świadomym intelektem oczywiście, ale również z naszymi podświadomymi instynktami, z emocjami i uczuciami, z poczuciem piękna, jak również ze zdolnościami intuicyjnego pojmowania i bezpośredniej duchowej świadomości, która znacznie przewyższa dyskursywny rozum. Wszystko to odgrywa swoją rolę w naszej modlitwie; nie bez znaczenia jest również nasz fizyczny, materialny organizm, nasze ciało. Św. Grzegorz Palamas stwierdza, że "ciało również jest przekształcane; razem z duszą wznosi się na wysokości i doświadcza Bożej wspólnoty stając się domenš i miejscem zamieszkania Boga." 10

   Jak ten "całościowy akt" ma się dokonać? W naszym nabożeństwie musimy przede wszystkim zrobić użytek ze słów i to słów w ich dosłownym, uchwytnym dla intelektu znaczeniu. Jednakże akt nabożeństwa obejmuje daleko więcej niż tylko słowa. Poza i ponad ich dosłownym znaczeniem, poszczególne sylaby i frazy obfitują w skojarzenia i półtony, posiadają swą własną moc i poezję. W modlitwie powinniśmy używać słów nie tylko dosłownie, ale też i pięknie. Co więcej, nabożeństwo sprawujemy nie tylko poprzez słowa, ale też szeroką, bardzo zróżnicowaną gamę innych sposobów: poprzez muzykę, wspaniałość szat liturgicznych kapłana, linie i kolory świętych ikon, poprzez wyrażający świętość miejsca zamysł architektoniczny świątyni, poprzez symboliczne gesty jak znak krzyża, ofiarowanie kadzidła, zapalanie świec, jak również poprzez zaangażowanie wszystkich wielkich archetypów, wszystkich podstawowych elementów, części składowych ludzkiego życia: wody, wina i chleba, ognia i oleju. Używając słów w ich dosłownym znaczeniu trafiamy do intelektu; przy pomocy poezji i muzyki, sztuki, symboli i czynności obrzędowych docieramy do wszystkich innych pokładów ludzkiej osobowości. Wszystkie aspekty nabożeństwa są równie istotne. Jeżeli słowa nie posiadają żadnego dosłownego znaczenia - albo też, jeśli wymawiane lub odczytywane są w taki sposób, że ich znaczenie okazuje się niezrozumiałe - może dojść do tego, że nabożeństwo zdegeneruje się, przerodzi w magię, fetyszyzm i przestanie być godne logicznej owieczki. Z drugiej strony, jeśli nasze nabożeństwo wyraża się tylko i wyłšcznie przez dosłownie i racjonalnie interpretowane słowa, w istocie może to być prawdziwe nabożeństwo umysłu, ale nie będzie to jednak nabożeństwo umysłu w sercu. To nabożeństwo może być zadziwiająco przejrzyste, logiczne i systematyczne, ale ciągle nie będzie jeszcze modlitwą całego człowieka. Na to właśnie powinni zwrócić uwagę liczni współcześni reformatorzy liturgii. Nabożeństwo jest bowiem czymś więcej niż formą głoszenia za pomocą słowa mówionego, a zgromadzenie liturgiczne to coś o wiele więcej niż publiczne zebranie z przemówieniami i ogłoszeniami.

   Często słyszy się stwierdzenia, że symbole i przedmioty używane w tradycyjnym nabożeństwie chrześcijańskim, jak i manifestowane przez nie swoiste piękno, stały się przestarzałe, niestosowne i niezrozumiale we współczesnym świecie. W uzasadnieniu tego twierdzenia mówi się, że symbole te zapożyczone były z agrarnego stylu życia i w wielu wypadkach stały się zupełnie obce dla środowiska zurbanizowanego i uprzemysłowionego. Dlaczego, z jakiej racji, mamy wielbić Boga ze świecą i kadzielnicą, a nie ze stetoskopem i wiertarką elektryczną w dłoni. Czy nie ograniczamy nabożeństwa do określonej grupy ludzi wykluczając wszystkich pozostałych? Prawosławny odpowiedziałby na to, że czynności i symbole, których używa się w nabożeństwie, mają znaczenie uniwersalne: chociaż Liturgia Święta rozwijała się zewnętrznie pod wpływem konwencji artystycznych i zwyczajów społecznych poszczególnych okresów - na przykład, ceremoniału dworu Bizancjum - to jednak w swej wewnętrznej istocie wykracza poza te ograniczenia i przemawia do podstawowej kondycji człowieka, zarówno człowieka antyku, jak i współczesnego, człowieka Wschodu czy też Zachodu. Kościół Prawosławny w swej modlitwie używa pierwotnych elementów ludzkiego istnienia, takich jak chleb i wino, światło i ogień. Jeżeli dla ludzi ze ztechnologizowanych środowisk miejskich te podstawowe elementy nie są już znaczące, to czyż nie jest to przerażający akt oskarżenia stwierdzający, że współczesna "cywilizacja" jest sztuczna i nierzeczywista? Być może tym, czego nam trzeba nie jest zamiana symboli, lecz zmiana w nas samych, oczyszczenie wrót naszej percepcji.

   W związku z powyższym prawosławny może czuć się poniekąd podbudowany zachodnim szaleństwem na punkcie ikony. Zadziwiająco duża grupa "nowoczesnych ludzi", którzy stojąc daleko poza jakąkolwiek przynależnością do Kościoła zdają się nie mieć nic wspólnego z współczesnymi reformami liturgicznymi, okazuja jednak żywe zainteresowanie prawosławną ikoną. Dziwnym paradoksem jest fakt, że w wieku technologii i sekularyzmu ich uwagę absorbuje odmiana sztuki, która jest par excellence duchowa i teologiczna. Czy byliby tak samo zainteresowani, gdyby sztuka ikony została "uwspółcześniona"?

   Sprawą najwyższej wagi dla prawosławnego chrześcijanina jest to, by akt nabożeństwa wyrażał radość i piękno Królestwa Bożego. Bez tego wymiaru piękna nasze nabożeństwo nigdy nie będzie w stanie stać się modlitwą w najbardziej pełnym tego słowa znaczeniu - modlitwą zarówno serca jak i umysłu. Ta radość i piękno Królestwa nie mogą być należycie objaśnione przy pomocy abstrakcyjnych dowodów i logicznych wyjaśnień: nie należy ich dyskutować, ich trzeba doświadczyć. To żywe doświadczenie staje się możliwe właśnie poprzez symboliczne i rytualne obrzędy jak palenie kadzidła czy też zapalanie łampady i świecy przed ikoną. Te proste gesty o wiele lepiej niż słowa wyrażają całą nasza postawę wobec Boga, naszą miłość i uwielbienie; wobec braku tych gestów i czynności nasze nabożeństwo byłoby boleśnie zubożone.

   Dlaczegóż palimy kadzidło, po co zapalamy świece? Dlaczego oddając pokłony padamy twarza do ziemi i czynimy znak krzyża? Próbując wyjaśnić to w słowach, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że słowa te wyrażają jedynie małą część prawdy. I z pewnością to właśnie jest powód dla symbolicznych działań. Gdyby poeta mógł wyrazić prozą to, co powiedział w swej poezji, gdyby artysta plastyk czy muzyk mógł wyrazić w słowach to, co przedstawił w obrazie i dźwięku, nie byłoby potrzeby tworzenia poematu, malowidła czy też symfonii. A istnieją i powstają one dlatego, że wyrażają coś, czego nie można wyrazić w żaden inny sposób. Tak też jest i w nabożeństwie. Gdyby można było wyrazić słowami, dlaczego zapalamy świece i palimy kadzidło, moglibyśmy zadowolić się tym werbalnym wyjaśnieniem i całkowicie zaniechać tych symbolicznych czynności. Cała wartość symbolu w nabożeństwie zawiera się jednak w tym, że wyraża coś, co nie może być oddane jedynie poprzez mówione słowo, że dociera on do tej sfery naszego bytu, której nie imają się bodźce racjonalne. Z jednej strony symbol jest o wiele prostszy w użyciu i o wiele bardziej bezpośrednio dostępny niż werbalne objaśnienia a ponadto przenika jednocześnie aż do głębi rzeczywistości.

   Z czysto pragmatycznego punktu widzenia całe to piękno i symbolizm naszego nabożeństwa jest niepotrzebne i bezużyteczne. Zamiast kadzidła moglibyśmy przecież użyć jakichś odświeżaczy powietrza a świece zastąpić lampkami neonowymi. Człowiek nie jest jednak pragmatycznym i utylitarnym zwierzęciem i wszyscy ci, którzy próbują zajrzeć w głąb swej natury, szybko docenią jak bardzo potrzebują tego "bezużytecznego" piękna. Jak słusznie zauważył o. Aleksander: "Liturgia jest przede wszystkim radosnym zgromadzeniem tych, którzy chcą wyjść na spotkanie zmartwychwstałego Pana i wejść z Nim do weselnej komnaty (cs. czertog). To właśnie ta radość oczekiwania i to oczekiwanie radości wyrażane są w śpiewach i obrzędach, w szatach liturgicznych i okadzaniu, w całym tym "pięknie" liturgii, które tak często uważane jest za niepotrzebne czy nawet grzeszne. Tak naprawdę nie jest ono konieczne, gdyż stoimy poza kategoriami tego, co "konieczne". Piękno nigdy nie jest "konieczne", "funkcjonalne" czy też "użyteczne". Gdy oczekując kogoś, kogo kochamy, nakrywamy stół pięknym obrusem, ustawiamy na nim świece i dekorujemy go kwiatami, nie robimy tego wszystkiego z konieczności, ale z miłości. A Cerkiew jest miłościš właśnie, oczekiwaniem i radością. Według naszej prawosławnej tradycji Cerkiew to niebo na ziemi; to radość odzyskanego dzieciństwa, wolna, bezwarunkowa i bezinteresowna radość, która jest w stanie przeobrazić świat. W naszej dorosłej, poważnej pobożności domagamy się definicji i wyjaśnień, a te zakorzenione są w strachu i obawie przed zepsuciem, zboczeniem, "pogańskimi wpływami" i nie wiadomo, czym jeszcze. Lecz "Kto się boi, nie jest doskonały w miłości" (l Jana 4,18). Dopóty chrześcijanie będą miłować Królestwo Boże, a nie tylko dyskutować o nim, dopóki będą "przedstawiać" je i pięknie wyrażać w sztuce. Kapłan sprawujący misterium radości pojawia się w pięknym ornacie, odziany w chwałę Królestwa, ponieważ Bóg objawia się w chwale nawet w postaci człowieka. W Eucharystii stoimy w obecności Chrystusa i jak Mojżesz przed Bogiem, mamy okryć się Jego chwałą."11

   "Piękno zbawi świat", powiedział Dostojewski. Pierwotną funkcją nabożeństwa jest manifestacja zbawczej mocy tego duchowego piękna. Tym, co wysłanników Kijowskiego Księcia Włodzimierza pozyskało dla wiary prawosławnej, tym co ich nawróciło nie były słowa, logiczne dowody, lecz piękno Liturgii Świętej, na której byli obecni w Konstantynopolu: "Nie możemy zapomnieć tego piękna", stwierdzili po powrocie do domu.12Jednej z odwiedzających go, Św. Jan Kasjan zadał pytanie "Na czym polega twoja modlitwa?", a w odpowiedzi usłyszał: "Na rozważaniu piękna Boga i radowaniu się z tego, że posiada takie piękno".13 Taka właśnie jest istota nabożeństwa. Modlić się i sprawować nabożeństwo to odczuwać to duchowe piękno Królestwa Niebieskiego; jak najwierniej wyrazić to piękno poprzez słowa, poprzez poezję i muzykę, poprzez sztukę i symboliczne czynności, jak również poprzez całe nasze życie; i w ten sposób rozprzestrzeniać to Boże piękno w otaczającym nas świecie, przeobrażając upadłe stworzenie.

III

   Pozostaje jeszcze trzeci element definicji biskupa Teofana: modlitwa to stanie przed Bogiem, NIEUSTANNIE, W DZIEŃ I W NOCY, DO KOŃCA ŻYCIA. "Bez przestanku się módlcie", nalega Św. Paweł (l Tesaloniczan 5,17).14 Modlitwa i nabożeństwo nie powinny być jedynie jedną z wielu wykonywanych przez nas czynnością, czymś co robimy "między innymi", lecz dziełem, zakresem działania całego naszego istnienia. Wszystko co robimy dokonuje się w obliczu Boga: nasze stanie przed Bogiem nie powinno być ograniczone do jakichś określonych okresów czasu czy miejsc, pory dnia, kiedy "odmawiamy" nasze modlitwy w domu czy też "chodzimy do cerkwi", lecz powinna to być wszechogarniajšca postawa obejmujšca każdy przedmiot i każdą chwilę; całe nasze istnienie powinniśmy starać się uczynić cišgłym aktem nabożeństwa, nieprzerwaną doksologią.

   Nic nie powinno być pominięte jako nieodwracalnie świeckie, niezdolne do przeobrażenia w nabożeństwo. Jak słusznie zauważył o. Aleksander Schmemann, "Chrześcijanin to ten, który gdziekolwiek nie spojrzy, wszędzie odnajduje Chrystusa i raduje się w Nim".15 Starożytny przekaz "Słów Chrystusa" wzywa: "Podnieś kamień, a znajdziesz mnie, rozetnij kawałek drewna i oto jestem." Jak ujął to George Herbert w swoim "The Elixir"

"Naucz mnie Boże mój i Królu,
We wszystkich rzeczach Cię dostrzegać,
I czegokolwiek bym nie robił 
Z myślą o Tobie to czynić.

Na szkło spogladając człowiek
Może na nim swój wzrok zatrzymać;
Może też przezeń zerknać jednak 
I na niebiosa wtedy wejrzeć.

Wszystko w Tobie udział mieć może:
Nic na tyle marnym nie jest 
Aby z tą domieszką 
Świetliście i czysto nie wzrastać..."

   "Czyż można zaznać zbyt wiele Radości w dziełach twego Ojca?" zapytuje Thomas Traheme. "On Sam jest w każdej Rzeczy. Niektóre Rzeczy są drobne na zewnątrz, Proste i Pospolite; pamiętam jednak czasy, kiedy Uliczny Pył był cenny jak Złoto dla mych Dziecięcych Oczu, a teraz jest bardziej wartościowy dla Oczu mego Rozumu."16 Modlić się to widzieć Boga we wszystkim, ogarniać cały świat i z radością ofiarowywać go z powrotem Bogu.

   Modlitwa i nabożeństwo powinny trwać "nieustannie w dzień i w nocy" w tym znaczeniu, że powinny być częścią naszego istnienia, nie czymś, co robimy, mówimy czy też przemyślamy, ale czymś, czym naprawdę jesteśmy. "Totus non tam orans quam oratiofactus", "nie tyle człowiek, który modlił się, co człowiek, który całkowicie przeobraził się w modlitwę",17 jak powiedziano o Św. Franciszku z Asyżu i jak powinno się mówić o każdym oddającym się modlitwie chrześcijaninie. Pauł Evdokimov pisze: "W ogromnej katedrze, którą jest wszechświat Boga, każdy człowiek, czy to naukowiec czy też rzemieślnik, powołany jest do tego, by postępował jak kapłan całego swego życia - by zebrał wszystko, co ludzkie i przekształcił to w ofiarę i hymn chwały."18 W innym miejscu ten sam autor spostrzega: "W katakumbach najczęściej powtarzającym się obrazem jest postać modlącej się kobiety - Oranta. Przedstawia ona jedyną prawdziwą postawę ludzkiej duszy. Nie wystarczy sprawować modlitwę: powinniśmy stać się modlitwą, powinniśmy być modlitwą - modlitwš wcieloną. Nie wystarczą chwile oddawanej Bogu chwały; całe nasze życie, każda czynność i każdy gest, nawet uśmiech, powinny stać się hymnem uwielbienia, ofiarowaniem modlitwy. Powinniśmy ofiarować nie to co posiadamy, lecz to, czym jesteśmy."19

Przypisy

1 Igumen Chariton, The Art of Prayer, tłum. na jeż. angielski E. Kadlubovsky i E. M. Palmer, London 1966, s. 63

2 Theological, Gnostic, and Practical Chapters, ii, 9: J. Darrouzes, ed., Sourcas chretiennes, vol. 15, Paris 1957, s 73 - 4

3 Życie w Chrystusie, Księga iv, w: Mignę PG, 150, 620BC

4 E. Underhill, Worship, The Fontana Library, London 1962, s. 264

5 Psalm 100 ,1 (101,1); Rzymian 11,22

6 E. Underhill, dz. cyt. s. 264

7 The Letters of Evelyn Underhill (Listy Evelyn Underhill), Charles Wiliams, ed., London 1943, s. 249

8 Ms Vaticanus graecus 694, f.l49r

9 E. Underhill, dz.cyt. s. 249

10 Triads m Defence ofthe Holy Heseyhasts (Triady w Obronie Świętych Hezychastów), I. ii,. 9: J Meyendorff, ed., Louvain 1959,1.1, s. 93

11 A. Schmemann, The Worldas Sacrament (Świat jako sakrament), Londyn 1966, s. 33 - 34

12 Przekaz z "Russian Primary Chrnicle" (Kroniki Staroruskie)

13 E. Underhm, dz. cyt. s. 15

14 Odnośnie użycia tego tekstu w prawosławnej teologi mistychznej, patrz: Kallistos Timothy Ware, "Pray Without Ceasing: The Ideal of Continual Prayer in Eastem Monasticism", (Bez przestanku módlcie się. Ideał nieustannej modlitwy we wschodnim monastycyzmie) w: Eastem Churches Review, II. 3 Spring 1969,s. 253 - 61.

15 A. Schmemann, dz. cyt., s. 142

16 Centuries of Meditations (Wieki medytacji), i. 25.

17 Thomas z Celano, Legenda, ii. 61

18 "Le sacerdoce universal des laics dans le tradition orientale", w. L'Eglise en Dialogue, L.A. Ełchinger, ed., Paris 1962, s. 39 - 40.

19 Sacrament de 1'amour. Le mystere conjugal a la lumiere de la tradition orthodoxe, Paris 1962, s. 83

Przekład z angielskiego Włodzimierz Misijuk 

Copyright by Świat prawosławia 2002r.