Potrójna relacja
Spotkanie
Jak przez przyćmione szkła
Natura spotkania
Widzenie
Słyszenie
Pokora i posłuszeństwo
Posłuszeństwo i miłość,
Oczyszczony zmysł oceny,
Doświadczenie świątobliwego starca,
Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga Żywego,
Pozwól mi poznać samego siebie,
Pozwól mi poznać Ciebie
Nieobecność Boga,
Bartymeusz
Modlitwa w zgiełku
Uciszenie burzy

POTRÓJNA RELACJA

Modlitwa jest relacją między człowiekiem, światem widzialnym oraz niewidzialną „niewiadomą". Dlatego wyżej powiedziałem, że modlitwa jest szukaniem, odkrywaniem świata niewidzialnego w naszej własnej głębi, która zna tylko Bóg i tylko On może nam ją objawić. Właśnie w modlitwie z początku po omacku, we wschodzącym dopiero świetle nowego widzenia, szukamy i znajdujemy Boga i samych siebie. Te dwa odkrycia są bowiem współzależne. A później, kiedy coraz jaśniejsze światło ujawnia nam niezmierzone dziedziny świata widzialnego i niewidzialnego, przekształconego w blasku jego własnej głębi i Bożej wieczności, modlitwa przechodzi w stan trwały. Zarazem zawsze pozostaje sytuacją, jak powiedziałem na początku.
Szukając, częściowo na oślep, a częściowo już odzyskawszy wzrok, stawiamy pierwsze kroki w modlitwie, która najpierw rodzi zdumienie, pełną uszanowania bojaźń i smutek. Zdumiewamy się odkryciem samych siebie, które staje się początkiem wiedzy o Bogu, zdumiewamy się widząc, jak świat otwiera się na Boża nieskończoność. Pełni lęku, ale i zachwytu, trwożliwie wstępujemy w obszar promieniowania Bożej obecności, świętości i piękna. Ale także smucimy się z powodu siebie samych      i z powodu świata. Smutno jest być ślepcem, smutno jest być niezdolnym do życia pełnią swego powołania i wpadać wciąż na nowo w sidła własnych ograniczeń. Smutno jest oglądać świat bez Boga, wahający się między życiem i śmiercią niezdolny wybrać życie raz na zawsze ani raz na zawsze wymknąć się śmierci. Zdumienie i smutek są żalem podwójnym źródłem modlitwy. Obydwa rodzą się z odkrycia głębi rzeczywistości, która zaczyna się nam odsłaniać jako całość. Bez tego odkrycia nasz świat i siły w nim działające pozostają dla nas zawsze niezrozumiałe, niekiedy potworne, budzące osłupienie i grozę.

SPOTKANIE

Ośrodkiem modlitwy jest spotkanie z bezmiarem niewidzialnej głębi. Jest ono podstawą wszelkiego objawienia, ponieważ objawienie jest niczym innym jak spotkaniem z Bogiem, który nas uzdalnia do nowego widzenia rzeczywistości. Wszystko więc sprowadza się do spotkania — w Piśmie Świętym i w życiu.

Spotkanie to jest osobiste, a zarazem uniwersalne, niepowtarzalne, a zarazem wzorcowe. Rozgrywa się zawsze na dwóch płaszczyznach: spotkania z Bogiem,  a w Nim ze światem stworzonym, oraz z człowiekiem w jego głębi zakorzenionej  w stwórczej woli Boga, głębi zwróconej całą sobą w kierunku pełni — kiedy to „Bóg będzie wszystkim we wszystkich". Spotkanie jest na wskroś osobiste, ponieważ każdy  z nas musi go sam doświadczyć — nic da się go uzyskać „z drugiej ręki”. Jest naszym własnym spotkaniem, a jednak posiada uniwersalne znaczenie, ponieważ wykracza poza nasze powierzchowne i ograniczone „ja”. Jest niepowtarzalne, ponieważ dla Boga i dla siebie nawzajem — jeśli tylko widzimy siebie w prawdzie — jesteśmy zawsze kimś niezastąpionym i wyjątkowym. Każde stworzenie poznaje Boga we właściwy sobie sposób. Każdy z nas na swój sposób odkrywa Boga i zna Go po swojemu, tak, jak Go nie zna nikt inny, jeśli mu o tym nie powiemy. A zarazem, ponieważ natura ludzka ma charakter powszechny, każde takie spotkanie jest w jakiś sposób wzorcowe. Jest objawieniem dla wszystkich tego, co każdy zna osobiście.

JAK PRZEZ PRZYĆMIONE SZKŁA

Powinniśmy usiłować starannie przemyśleć to spotkanie, ponieważ jeśli nie poznamy praw, według których przebiega, możemy nie dostrzec jego istoty. Przede wszystkim jest to zawsze spotkanie wzajemne. Zawsze jest odkryciem nie tylko drugiego, ale i siebie. I zawsze jest odkryciem dwustronnej relacji. Może najlepszym jego obrazem jest porównanie z witrażem. Światło rozświetlające witraż ujawnia jego barwy i rysunek, piękno i znaczenie. Ale zarazem witraż swoim rysunkiem, barwą. pięknem i znaczeniem objawia światło, które bez niego nie byłoby tak widzialne. Witraż i światło odkrywają się więc w swojej wzajemnej relacji.

Odkrywając Boga w jasnym świetle Jego wieczności i w Mężu Boleści — Jego Wcielonym Słowie — odkrywamy zarazem wielkość człowieka. A odkrywając wielkość człowieka docieramy — poza fasadą, którą nam prezentuje — do istoty jego powołania, nie jednostkowego, ale osobowego. To osobowe powołanie czyni go czymś więcej niż egzemplarzem ludzkiego gatunku. Czyni go bowiem członkiem tajemniczego ciała, całej ludzkości, która jest miejscem Bożej obecności.

NATURA SPOTKANIA

W punkcie wyjścia każdy człowiek szukający spotkania jest jednak samotny  i musi się powoli uczyć postrzegać istnienie drugiego. To rozpoznanie może nastąpić dopiero wtedy, gdy zostaje nawiązana więź — nie w izolacji. To bardzo ważne. Nie poznamy niczego i nikogo inaczej niż poprzez wzajemną więź — jeżeli nie jesteśmy związani, nic dla nas nie zaistnieje. Z drugiej strony, nie znać nikogo i niczego inaczej jak tylko w odniesieniu do siebie jest wielce niebezpieczne — narusza właściwy, koncentryczny porządek wszechświata. Odnosząc wszystko do siebie deformujemy rzeczywistość i redukujemy ją do wymiarów własnej przeciętności, przykrawamy do swych małostkowych tęsknot. Kiedy więc zaczynamy postrzegać istnienie drugiego, musimy być przygotowani na pewnego rodzaju „wyjście z siebie", uznanie potrzeby        i prawa drugiego do wolności i niezależności. Musimy zaakceptować jego nieredukowalną odrębność. Jakkolwiek byśmy dobrze go znali, pozostając z nim w poufałej bliskości — a jest to jeszcze bardziej prawdziwe gdy chodzi o stosunek człowieka do Boga niż na płaszczyźnie stosunków międzyludzkich — cokolwiek byśmy nie uczynili, zawsze pozostanie nienaruszona podstawowa tajemnica, której nigdy nie zgłębimy do końca. Wspaniale to ujmuje święty Jan w Apokalipsie: ci którzy wchodzą do Królestwa, otrzymują biały kamyk, a na nim wyryte swoje imię, które poza nimi samymi zna tylko Bóg. Imię to nie jest etykietką, którą nam nadaje i pod którą nas rozpoznaje ten świat. Nasze prawdziwe imię, imię wieczne, pasuje do nas, wyraża  i definiuje nasz byt w doskonały sposób. Zna je tylko Bóg i tylko Bóg je nam oznajmia. Nikt poza Nim go nie zna, ponieważ wyraża ono niepowtarzalną więź, więź między nami i naszym Stwórcą. Jakże często stosunki międzyludzkie stają się udręką, ponieważ jedna z osób pragnie wyjawić siebie drugiej bardziej niż to jest możliwe, albo chce wtargnąć na terytorium zastrzeżone wyłącznie Bogu. Jedno i drugie jest próżnym pragnieniem i nie może się spełnić. Żywiąc je zachowujemy się jak dziecko, które pragnie zbadać serce źródła, miejsce skąd tryska woda, poszukując punktu, w którym graniczy z suchą ziemią. Postępując tak może najwyżej rozkopać i zniszczyć źródło, niczego nie odkrywszy.

Nie dość jest jednak przyznać drugiemu prawo do odrębnego istnienia, zaakceptować jego niczym nie uszczuploną inność. Musimy nauczyć się widzieć, słyszeć i osądzać. Inaczej spotkanie będzie bezowocne.

WIDZENIE

Chrystus mówi o potrzebie jasnego widzenia, które musimy uzyskać, by postrzegać rzeczy takie, jakie naprawdę są. Jeżeli coś jest nie w porządku z naszym wzrokiem, nasze spojrzenie rzuca cień na rzeczywistość lub projektuje na nią wytworzone w wyobraźni, zniekształcone formy. Ale bystry wzrok to jeszcze nie wszystko. Musimy wybrać odpowiedni punkt widzenia, ustalić stosowny dystans, by móc objąć całość przedmiotu. Czyż nie są to istotne warunki oglądania dzieła sztuki? Obraz lub rzeźba wymagają patrzenia z określonej odległości — ani zbyt blisko, ani zbyt daleko. Zawsze istnieje najlepszy punkt widzenia, z którego ogląda się całość, nie będąc przytłoczonym nadmiarem szczegółów. To samo odnosi się do stosunków międzyludzkich. Musimy znaleźć właściwy dystans — nie co do czasu i przestrzeni, ale wewnętrznej wolności, która akceptuje więzy, ale nie kajdany.

Pewien przykład z cytowanej już przeze mnie książki Charlesa Williamsa wyjaśni to może lepiej niż długie wywody. Autor przedstawia przeżycia dziewczyny, która zginęła w katastrofie lotniczej. Dusza jej, uwolniona z ciała, odkrywa nowy świat, którego poprzednio nigdy nie widziała, a który teraz staje się dla niej jedynie rzeczywisty. Nie potrafi już postrzegać oczyma duszy świata poprzednio widzianego. W pewnej chwili zauważa, że unosi się nad Tamizą. Niegdyś widziała ją jako plugawy kanał brudnej wody, londyńską kloakę. A teraz, uwolniona od ciała, nie patrząc już na rzeczy pod kątem ich stosunku do siebie, widzi Tamizę po raz pierwszy. Odkrywa ją jako fakt — wielką rzekę płynącą przez wielkie miasto. Jej wody — mętne i brudne — niosą do morza londyńskie odpadki. Ale to jej prawdziwa rola — tak być powinno. Kiedy to dostrzegła, tak jak jest, i zaakceptowała bez uczuciowej niechęci i fizycznej odrazy, bo przecież pozbywszy się ciała nie mogła się już ani wykąpać w rzece, ani z niej pić, wówczas dostrzegła, czym są naprawdę wody Tamizy. I w tym spojrzeniu stawały się one coraz mniej mętne, coraz przeźroczystsze. Na koniec zalśniły taką przejrzystością, że w ich rozjaśnionej głębi dojrzała srebrzysty nurt pierwotnego żywiołu, który stworzył Bóg. A w sercu tych wód, w ich pierwocinach, dostrzegła jeszcze bardziej lśniący, krystalicznie czysty żywioł tej cudownej wody, którą Chrystus ofiarował kobiecie samarytańskiej.

Opuściwszy martwe ciało dziewczyna stała się zdolna widzieć rzeczy, na które dotąd była zupełnie ślepa. Głęboka prawda tej historii dotyczy także nas. Skoro tylko oderwiemy się od siebie i uzyskamy wewnętrzną wolność, osiągniemy stan, który ojcowie greccy zwali ápathe — beznamiętnością — i staniemy się zdolni do coraz jaśniejszego widzenia rzeczywistości, a także postrzegania blasku Bożej obecności, nawet w tym mrocznym i udręczonym świecie. Dojrzymy działającą wszędzie łaskę, obecną we wszystkich rzeczach.

SŁYSZENIE

Mówiłem już, że widzenie nie wystarczy. Musimy ponadto słyszeć. Słuchanie jest aktem napiętej uwagi. Aby słyszeć, musimy nie tylko nastawić uszu, ale także starać się zrozumieć intencję i znaczenie słów. Słyszenie oznacza pochylenie w pokorze głowy. W pokorze, która uzdalnia do przyjęcia posiewu, jaki osoba drugiego rzuca w glebę naszego umysłu i serca. Takie jest prawdziwe znacznie pokory. Łacińskie słowo humilitas — pokora — pochodzi od humus — żyzna gleba. Taka gleba, której się zwykle nie dostrzega, ale z której się stale czyni dobry użytek, która — nawilżona         i użyźniona — zdolna jest przetwarzać nawet odpadki w obfitość plonu, przyjmować każde ziarno i zapewniać mu wzrost, życie i owocowanie, tak by każdy posiew rósł         i dojrzewał na miarę swej natury. Nasza wolność słuchania bierze początek z pokory. Powinniśmy ofiarować .się długiemu w skupionym milczeniu, jak żyzna, pełna twórczej mocy ziemia.

POKORA I POSŁUSZEŃSTWO

Pokora to także posłuszeństwo. Łacińskie obaudire znaczy zarazem słuchać i posłuchać — iść za tym, co się usłyszało. Musimy uważnie nasłuchiwać, by usłyszeć  i skorzystać z tego. cośmy usłyszeli. Jedyna właściwa postawa, jaką powinniśmy zająć wobec Boga, to postawa całkowitego skupienia uwagi, by usłyszeć, i zdecydowanej woli, by przyjąć posianie oraz zrobić z niego odpowiedni użytek. Znaczy to, że mamy się bez zastrzeżeń poddać Bożemu przestaniu, pozwolić, by nas przekształciło i odmieniło; Musimy przestać być na własną modlę, a podjąć starania, by się stać takimi, jakimi być powinniśmy.

Taka fundamentalna postawa oddania w modlitwie przypomina zachowanie obserwatora ptaków, który wstaje wcześnie rano, aby być w polu czy w lesie, zanim przebudzą się ptaki, gdyż inaczej spłoszyłby je swoim nadejściem. Musi zachować milczenie i spokój — cały zamienić się w słuch i wzrok. Musi być wyczulony na każdy dźwięk, wrażliwy na każde poruszenie. Czujnie nasłuchiwać i pilnie baczyć. Tropiciel Boga niczego jednak nie dostrzeże, jeżeli się nie uwolni od przesądów i przywiązań,  i nie stanie się zdolny do przyjęcia tego, co mówi Bóg. Musi posiąść umiejętność całkowitego powierzania się Bogu, która jest zarazem najwyższą aktywnością. W tym samozawierzeniu, oddając się Bogu jak żyzna ziemia — humus — gotowa na przyjęcie ziarna, jest aktywny, gdyż jest gotów odpowiedzieć czynem na każdy impuls, każde Boże polecenie.

Wynika stąd, że jeśli chcemy rzeczywiście spotkać Boga, nie wystarczą same narządy widzenia i słyszenia. Musimy mieć zapał i pragnienie — musimy chcieć usłyszeć i zobaczyć.

POSŁUSZEŃSTWO I MIŁOŚĆ

Aby chcieć — trzeba pokochać. Musimy nauczyć się kochać. Charles Williams  w tej samej, wyżej cytowanej książce: All Hallows Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) na samym początku opisuje, jak dusza zmarłej bohaterki błąka się nad mostem      w Londynie. Dusza Ewy nic widzi nic poza sobą samą i skrawkiem ziemi, którego dotknęła upadając martwa wraz z rozbitym samolotem w chwili katastrofy. Nie widzi nic, bo jej serce do niczego się nie przywiązało. Dostrzega pusty most, choć  w rzeczywistości jest on pełen ludzi. Na drugim brzegu Tamizy widzi domy, ale ogląda tylko nagie mury z oczodołami okien — ciemnych lub oświetlonych — pozbawione ludzi. Nie posiada klucza do świata, który ogląda, bo nigdy nikogo na nim nic kochała i była w nim zupełnie obca. Nagle spostrzega, że jej mąż — teraz wdowiec — przechodzi przez most. Widzą się nawzajem: on — ponieważ ją kocha, nosi ją w swym sercu, opłakuje jej śmierć i szuka jej duszy w świecie niewidzialnym, ona — ponieważ był jedynym człowiekiem, którego na swój ograniczony, samolubny sposób kochała na świecie. Tylko dlatego jest zdolna go widzieć — jest on jedyną osobą, jaką postrzega. Widzi jak odchodzi, ale jej serce drgnęło i dzięki niemu, mężowi, przypomina sobie swój dawny świat — dom, przyjaciół. Stopniowo, dzięki tej odrobinie miłości, do jakiej była zdolna na świecie, zaczyna odkrywać ów świat, w którym żyła, nie znając go naprawdę, a wraz z nim zaczyna także poznawać świat, w który teraz wkroczyła — pusty i osamotniony przez jej egoizm. Obydwa światy bowiem przenikają się nawzajem — „zaświaty” są lustrzanym odbiciem „tego świata" — według oryginalnej filozofii Charlesa Williamsa. Uczy nas ona, że postrzegamy naprawdę tylko to, co kochamy. Sądzimy, że widzimy również to, co nam nienawistne, ale w rzeczywistości nienawiść pozwala nam widzieć tylko karykaturalnie zniekształcony obraz — nierealny fantom. Obojętność i chłód są ślepe.

OCZYSZCZONY ZMYSŁ OCENY

Aby poznawać prawdę, widzieć rzeczywistość w sposób adekwatny, nie wystarczy jednak tylko patrzeć, słuchać, a nawet kochać. Musimy również umieć czystym sercem odnajdywać Boga poza ciemnością, która Go osłania. Jak nieczyste oko rzuca własny cień na wszystko, co ogląda, tak nieczyste serce nie jest w stanie ocenić ani zobaczyć rzeczy tak, jak je widzi Bóg.

Pewna opowieść ojców pustyni jasno to ilustruje: Jeden z ojców przybywa wraz ze swymi uczniami do bram Aleksandrii. Spotykają na ulicy przechodzącą kobietę, bardzo piękną. Uczniowie pochylają głowy i narzucają kaptury, by osłonić oczy  i uniknąć pokusy. Ustrzegli się może w ten sposób pokusy cielesnej, ale dopadła ich pokusa ciekawości. Pod zasłoną kapturów śledzą zachowanie mistrza i gorszą się widząc, że ten patrzy wprost na przechodzącą kobietę. Kiedy oddaliła się w kierunku miasta, odrzucają kaptury z powrotem na plecy i pytają z wyrzutem: „Jakże mogłeś narażać się tak na pokusę przypatrując się tej kobiecie?” A mnich odpowiada ze smutkiem: „Jakże nieczyste są wasze serca! Widzieliście w niej tylko pokusę, a ja patrzyłem na nią jak na jeden z cudów Bożych”.

DOŚWIADCZENIE ŚWIĄTOBLIWEGO STARCA

Każde spotkanie z Bogiem lub z człowiekiem wymaga zatem nie tylko technicznego przygotowania. Szukając Boga musimy pokochać bliźniego, a szukając bliźniego musimy kochać Boga.

Rosyjski świątobliwy starzec w jednym ze swych listów opowiada, jak pewnego dnia zapytano go: „Jak to się dzieje, że twoi robotnicy pracują tak pilnie i wytrwale, podczas gdy ty ich wcale nie pilnujesz, a ci którzy są pod naszym dozorem, stale próbują nas oszukać?” Święty starzec odpowiedział: „Kiedy rano wybieram się, aby im wyznaczyć dzienną pracę, ogarnia mnie litość nad nimi. Opuścili swoje wioski i rodziny dla nędznego zarobku — jakże więc muszą być ubodzy! A kiedy po wyznaczeniu im dziennego zadania powracam do swojej celi, wówczas modlę się za każdego z nich. Mówię do Pana: «Boże, pamiętaj o Mikołaju, który jest taki młody. Pozostawił nowo narodzone dziecko, by szukać pracy, bo nie było innego sposobu zaradzenia ich ubóstwu. Pomyśl o nim i chroń go od złych myśli. Pomyśl o niej i bądź jej obrońcą».  A modląc się tak, coraz silniej odczuwam obecność Boga, aż wreszcie pochłania On całą moją uwagę i już nie zważam na nic na świecie poza Nim. To co ziemskie znika, zostaje tylko Bóg. Zapominam o Mikołaju, jego żonie, dziecku, wiosce, o ich ubóstwie   i pogrążam się cały w Bogu. I w Jego głębi odnajduję Boską miłość, która obejmuje Mikołaja, jego żonę, dziecko, ich ubóstwo i wszystkie ich potrzeby. Strumień tej miłości sprowadza mnie z powrotem na ziemię i skłania do modlitwy za nich. I znów wszystko się powtarza. Obecność Boża mocniej mnie obejmuje, a to co ziemskie oddala się. Znów porywa mnie głębia, w której na powrót odnajduję świat, tak bardzo przez Boga umiłowany”. Oto spotkanie z Bogiem i spotkanie z człowiekiem. Obydwa stają się możliwe wówczas, gdy ten kto się modli, kocha jednego i drugiego tak bardzo, że zapomina o sobie, stając się tylko „orientacją” — ukierunkowaniem w ich stronę, istnieniem dla nich. Na tym właśnie polega wstawiennictwo.

Chciałbym ten temat spotkania poddać jeszcze dokładniejszej analizie. Po pierwsze podkreślę, że spotkanie z Bogiem i spotkanie z człowiekiem jest niebezpieczne. Nie bez powodu wschodnia tradycja buddyzmu Zeń nazywa miejsce takiego spotkania zasadzką tygrysa. Szukanie spotkania z Bogiem jest aktem zuchwałości, jeżeli mu nie towarzyszy głęboka pokora. Spotkanie z Bogiem jest zawsze kryzysem, a słowo to w języku greckim oznacza sąd. Może się ono dokonywać w atmosferze pokory i podziwu, ale także grozy i potępienia. Nic więc dziwnego, że prawosławne podręczniki modlitwy niewiele uwagi poświęcają kwestiom technicznym i metodom modlenia się, za to nieustannie podkreślają wagę przygotowania moralnego i duchowego, czyli stworzenia koniecznych warunków dla modlitwy.

Przypomnijmy przynajmniej niektóre. Pierwszym wskazaniem ewangelicznym jest: „Jeśli przychodzisz do świątyni i wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw swój dar, a pójdź się najpierw z nim pojednać. Potem wrócisz i ofiarujesz swój dar”. To przykazanie wspaniale komentuje święty Symeon Nowy Teolog, mówiąc, że jeśli chcemy się modlić sercem swobodnym i nie podzielonym, to musimy zaprowadzić pokój między nami, Bogiem, własnym sumieniem, bliźnimi, a nawet otaczającymi nas rzeczami. Znaczy to, że koniecznym warunkiem życia modlitwy jest życie w zgodzie     z Ewangelią. Życie, które czyni przykazania i rady ewangeliczne naszą drugą naturą.

Nie wystarczy poddać się im i być posłusznym jak niewolnik woli swego pana. Musimy całym sercem chcieć je wypełniać jak synowie, jak dzieci królestwa, które naprawdę pragną tego, o co się modlą mówiąc: „Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja...”

Rozważmy teraz spotkanie z Bogiem w niektórych szczególnych sytuacjach:  w pokorze, prawdzie, rozpaczy, zgiełku, milczeniu, liturgii.

STRASZNĄ JEST RZECZĄ WPAŚĆ W RĘCE BOGA ŻYWEGO

Jeśli będziemy pamiętać, że każde spotkanie z Bogiem i każde głębokie spotkanie z człowiekiem jest sądem, wtrąca nas w kryzys, to będziemy też szukać Boga i ostrożniej, i z większym zaangażowaniem. Nie poddamy się goryczy, jeśli Go nie spotkamy natychmiast. Będziemy się zbliżać ku Niemu nieśmiało, z bijącym sercem.   W ten sposób oszczędzamy też sobie wielu rozczarowań, wielu daremnych wysiłków, ponieważ Bóg nie powierzy się nam, dopóki nie staniemy się zdolni znieść spotkanie  z Nim. Będzie nas powoli do niego przygotowywał, być może każe na siebie długo czekać. Ewangelia dostarcza nam wielu różnych przykładów zachowania się w takiej sytuacji, które możemy naśladować. Łukasz ukazuje trędowatych, pragnących uzdrowienia. Przychodzą do Chrystusa, ale zatrzymują się w pewnej odległości, wiedząc, że są nieczyści. I w tej swojej nędzy wołają do Pana z całą mocą i nadzieją, do jakiej są zdolni, jednak bez narzucania się Mu. A i Pan także nie zbliża się do nich. Po prostu każe im odejść i pokazać się kapłanom. Niczego im nie obiecuje. Posyła ich na zwykłą kurację. Gwarancją uzdrowienia jest dla nich tylko wiara, nadzieja i pokorne posłuszeństwo. Jakże się różni ta ich pokora od naszych niby to pokornych modłów, kiedy to powinniśmy drżeć z lęku, a często bywamy aroganccy.

Możemy też przywołać przykład świętego Piotra, który rozpoznawszy boskość swego Mistrza dzięki Jego słowom podczas cudownego połowu ryb, upadł Mu do nóg   i zawołał: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem grzesznym człowiekiem!” Wizja świętości i chwały Boga nie skłoniła go do szukania z Nim intymnego kontaktu, którego jeszcze nie potrafił znieść. Prosił Pana, by od niego odstąpił. Ale Pan zdecydował się zostać.

Mamy leż w Ewangelii opowieść o setniku, który prosi Pana, by uzdrowił jego sługę i kiedy Pan obiecuje mu przyjść, odpowiada: „Panie, nie jestem godzien, abyś wstąpił pod mój dach, ale powiedz tylko słowo...” Całkowita wiara, doskonałe zaufanie i wielka pokora setnika powinny nas zawstydzić. My nie przeżywamy dostatecznie własnej grzeszności ani nie czujemy się tak niegodni, by prosić Pana, ażeby się nami nie kłopotał, wierząc jednocześnie, że może dla nas wszystko uczynić.
A jednak taka właśnie postawa winna być naszym punktem wyjścia. Dopóki nie zrezygnujemy z ubiegania się o wyraźnie odczuwalną obecność Pana, dopóty będziemy zdani na własny sąd i własne pomyłki. Jeśli Pan do nas się zbliża, powinniśmy Go przyjąć z ogromną radością i pokorą. Ale strzeżmy się lekkomyślnego poszukiwania doświadczeń mistycznych, podczas gdy trzeba nam raczej szukać skruchy i nawrócenia. Oto właściwy początek naszego przyzywania Boga: „Panie, uczyń mnie tym, kim powinienem być, przemień mnie za wszelką cenę". A kiedy wypowiemy te niebezpieczne słowa, musimy być przygotowani, że Bóg je wysłucha. Te Boże słowa są niebezpieczne, bo miłość Boża jest bezlitosna. Bóg pragnie naszego zbawienia  w sposób zdecydowany, na miarę jego prawdziwej doniosłości. Dlatego, jak mówi Pasterz Hermasa, „Bóg nie opuści nas, zanim nie złamie nam serca i nie pogruchocze kości”.

POZWÓL MI POZNAĆ SIEBIE SAMEGO

Drugą formą spotkania jest spotkanie w prawdzie. Spotkanie jest prawdziwe tylko wówczas, gdy obydwie osoby uczestników są prawdziwe. Z tego punktu widzenia trzeba zauważyć, że nieustannie nasze spotkania fałszujemy. Nie tylko gdy chodzi o nas samych, ale również w naszym obrazie Boga z wielką trudnością i oporami zbliżamy się do prawdy. W ciągu dnia nieustannie przybieramy różne osobowości społeczne, tak że niekiedy stajemy się nierozpoznawalni — dla innych i nawet dla samych siebie.  A kiedy przychodzi czas modlitwy idziemy, by stanąć przed Bogiem, często czujemy się całkiem zagubieni, bo nie wiemy, która z naszych społecznych osobowości jest naprawdę ludzką osobą — żadna z nich bowiem nie nosi na sobie, piętna naszej własnej, prawdziwej tożsamości. Kilka kolejnych osobowości, które przedstawiamy Bogu, nie są nami. W każdej jest coś z nas, ale całość jest myląca i nieprawdziwa.   I właśnie dlatego modlitwa, która powinna z wielką mocą wznosić się z głębi naszego serca — serca prawdziwej ludzkiej osoby — ku Bogu, nie może w nas znaleźć ujścia pomiędzy kolejnymi kukłami ze słomy — chochołami — które prezentujemy Bogu. Każda z tych kukieł zdolna jest wypowiedzieć kilka słów, które nawet zawierają część prawdy, ale pomijają inne jej części, należące do innej znów słomianej osobowości, jaka byliśmy w ciągu dnia. Jest rzeczą niezmiernie ważną, abyśmy odnaleźli zagubioną jedność, naszą podstawową tożsamość. Inaczej nie będziemy w stanie spotkać się  z Bogiem w prawdzie. Poszukiwanie takiej jedności może wymagać czasu. Ale musimy być stale bardzo czujni wobec siebie i z napiętą uwagą śledzić, czy któreś z naszych słów lub zachowań nie sprzeniewierza się owej podstawowej, poszukiwanej przez nas tożsamości, czy nie narusza naszej integralności. Musimy się usilnie starać odkryć tę rzeczywistą osobę, jaką jesteśmy, tę tajemniczo ukrytą osobowość — samo serce osoby ludzkiej — jaką w zalążku posiadamy. Odkrycie to jest trudne, wymaga stanowczego odrzucenia wszystkich słomianych kukieł. Od czasu do czasu odstania się w nas coś autentycznego — kiedy zapominamy o sobie i nasza głęboka rzeczywistość wylania się na powierzchnię, daje o sobie znać. Dzieje się to w chwilach radosnego uniesienia, kiedy nas nic nie obchodzi, czy ktoś na nas patrzy i gdy zapominamy kontrolować swój własny obraz zewnętrzny, albo w chwilach głębokiego smutku czy cierpienia lub też gdy jesteśmy czymś głęboko zaskoczeni i zdumieni. W takich chwilach mamy szansę zobaczyć coś z tej prawdziwej osobowości, jaką jesteśmy. Ale gdy tylko ją dojrzymy, odwracamy często wzrok, boimy się bowiem zetknąć z sobą twarzą w twarz — taka konfrontacja może nas wytrącić z równowagi.

Jednakże nie istnieje w nas naprawdę nic poza tą osobą, którą w ukryciu jesteśmy. Wyłącznie ją Bóg może i chce zbawić, jakkolwiek by była odrażająca. Nie zbawi natomiast żadnej z owych wyobrażonych i wyprodukowanych przez nas słomianych osobowości, jakie przedstawiamy Jemu, innym i samym sobie. Jak musimy się doszukać w sobie rzeczywistej osobowości, śledząc uważnie owe przypadkowe  a znamienne jej oznaki, tak też musimy nieustannie i usilnie badać, kim jesteśmy  w oczach Boga. Na tym polega trud medytacji, który musimy podjąć i pilnie kontynuować codziennie, przez całe życie.

Początek jest prosty. Wczytując się uważnie w słowa Pisma Świętego zauważamy, że pewne fragmenty są dla nas osobiście niewiele mówiące — zgadzamy, się z Bogiem, bo nie ma powodu, byśmy stawali w opozycji.

Przyjmujemy więc takie czy inne przykazanie albo działanie Boże do wiadomości, bo nas osobiście nie dotyka albo jeszcze nie dostrzegamy, jakie przed nami stawia wymagania i jakie osobiste koszty za sobą pociąga. Inne znów fragmenty, prawdę mówiąc, odpychają nas. Jeśliby nas było stać na taką odwagę, powiedzielibyśmy Panu w tym miejscu: „nie". Musimy zbadać bardzo dokładnie te właśnie miejsca. Są one bowiem miarą odległości, jaka nas oddziela od Boga, a także — co może ważniejsze dla nas na tym etapie — są miarą dystansu między tą osobowością, jaką aktualnie jesteśmy, a tą jaką jesteśmy potencjalnie i jaką powinniśmy się stać w imię prawdy. Ewangelia nie jest zbiorem zewnętrznych przykazań, ale przede wszystkim galerią portretów człowieka wewnętrznego. Za każdym razem, kiedy mamy ochotę powiedzieć „nie” Ewangelii, odrzucamy własną osobowość, w pełnym tego słowa znaczeniu.

W Piśmie Świętym są również takie miejsca, które rozpalają ogień w naszym sercu, przenikają światłem umysł i wstrząsają wolą. Wnoszą życie i moc w fizyczny      i moralny byt naszej osoby. Te fragmenty ukazują nam, pod jakimi względami nasz obraz Boga jest w zgodzie z prawdą o Bogu, jaki etap osiągnęliśmy — być może chwilowo, ulotnie — w naszym stawaniu się tym, kim powinniśmy być. Powinniśmy więc śledzić i odnotowywać te miejsca jeszcze bardziej od innych, wyżej wspomnianych. Są one bowiem pierwszymi oznakami obecności obrazu Boga w nas, upadłych stworzeniach. Od nich powinniśmy rozpoczynać, traktując je jako punkty wyjścia wytrwałego wysiłku przekształcania siebie w tę osobę, jaką — czujemy to — powinniśmy i chcemy się stać. Musimy zawierzyć koniecznie takim objawieniom. Przynajmniej w tym powinniśmy okazać się bezwględnie uczciwi i wierni. Jeśli tak uczynimy — objawiające miejsca Ewangelii pomnożą się, ich liczba wzrośnie, wymagania Ewangelii staną się dla nas osobiście coraz wyraźniejsze, jaśniej czytelne, stopniowo mgła sprzed naszych oczu zacznie opadać i ujrzymy wreszcie w jasnym świetle, kim mamy być. Wtedy staniemy przed Bogiem w prawdzie. Chodzi tu zarówno o podstawową prawdę całej naszej istoty, jak i o częściową; prawdę danej chwili  w przestrzeni i czasie.

Jakże często naszą modlitwę zatruwa fałsz, ponieważ próbujemy „wypaść lepiej” przed Bogiem i zaprezentować się Mu w wyobrażonej przez siebie, nierzeczywistej postaci. Przychodzimy do Niego w niedzielnym garniturze albo w pożyczonej biżuterii. Ważne jest, abyśmy zanim zaczniemy się modlić, poświęcili trochę czasu na refleksje nad sobą, badając i starając się uświadomić sobie własny, rzeczywisty stan: kim naprawdę jesteśmy, stając przed, Bogiem w tym oto miejscu i czasie, by móc powiedzieć; „Gotowe serce moje, Panie, oto jestem”, albo: „Jak jeleń źródeł wód, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże”. Często jednak musimy przyciągać siebie do Boga nagim wysiłkiem woli, spełniając powinność, w którą nie jesteśmy w stanie włożyć serca. Zmuszamy się, by się okazać takimi, jakimi wiemy, że w głębi swej istoty jesteśmy, ale bynajmniej, w danej chwili się nic czujemy. Jest tak, jakby nasza żywa woda wsiąkła w suchy piasek. A więc musimy powiedzieć to Bogu, który jest Prawdą: „Panie, przychodzę do Ciebie z oschłym sercem, lecz zmuszam się, by stanąć przed Tobą z głębokiego przekonania. Kocham Cię i wielbię w mojej głębi. która dziś pozostaje niewidoczna”. Czasem czujemy, że nie jesteśmy w stanie stanąć przed Bogiem nawet z takim głębokim, choć ukrytym przekonaniem, lecz tylko w stanie niemal zabobonnego strachu: „Jeśli się nie pomodlę, to Bóg może mi odmówić swej opieki”. Także taką niewiarę i nieufność musimy szczerze wyznać Bogu, pokładając nadzieję  w Jego wierności i miłości wobec nas; Jest wiele innych sposobów przedkładania Bogu prawdy o sobie i musimy sobie coraz wyraźniej te różne „stany własnej prawdy” uświadamiać przystępując do modlitwy. Inaczej nasza modlitwa będzie się mijać z prawdą tego momentu. Stanie się stopniowo zupełnym kłamstwem    i zdradą — sprzeniewierzeniem się tak „staremu”, jak i „nowemu" Adamowi w nas samych. Nie będzie wyrazem naszej własnej prawdy — ani w tym co w nas trwałe         i wieczne, ani w tym co przynależy do przemijającej chwili istnienia w czasie.

POZWÓL MI POZNAĆ CIEBIE

Spotkanie zależy jednak również od prawdy drugiego uczestnika. Ten Inny jest równie ważny. Bóg, którego spotykamy, musi być równie prawdziwy jak my. Jego poszukiwacze. Ale czyż Bóg nie jest zawsze prawdziwy? Czyż nic jest zawsze Sobą — niezmiennym i wiecznym? Oczywiście. Ale w naszej modlitwie nie tylko Bóg sam w sobie wchodzi  w grę, lecz również nasz obraz Boga, jaki sobie wytworzyliśmy. Na naszą postawę wpływa nie tylko to, kim On naprawdę jest, ale także to jakim Go sobie wyobrażamy i w jakiego wierzymy. Jeśli mamy fałszywy obraz Boga, nasza modlitwa będzie wypaczona odpowiednio do owego wypaczonego obrazu. Ważne jest, abyśmy w ciągu życia, z dnia na dzień, uczyli się poznawać Boga takiego jakim rzeczywiście jest. Nie w sposób fragmentaryczny, który każe nam Go widzieć raz jako bezlitosnego sędziego, a innym razem jako czułego zbawcę, ale w całej Jego wielorakości. Musimy też pozbyć się mniemania, że suma ludzkiej wiedzy o Bogu może wystarczyć do stworzenia adekwatnego obrazu Boga Żywego. Bóg, nawet Ten który się nam objawia w Piśmie Świętym, nie odsłania się nam nigdy całkowicie ani ostatecznie. Jeżeli próbujemy zbudować sobie obraz Boga z wszystkiego, co o Nim wiemy z Objawienia, dzięki doświadczeniu Kościoła oraz własnemu, możemy narazić się na niebezpieczeństwo stanięcia przed obrazem fałszywym, po prostu dlatego że pretenduje on do zupełności, podczas gdy może być jedynie mglistym przybliżeniem. Jak powiada św. Grzegorz z Nazjanzu, byłoby to uwielbieniem bożka. Dlatego właśnie ojcowie Kościoła Wschodniego nieustannie podkreślają konieczność stawania przed Bogiem bez żadnych pojęć, obrazów i wyobrażeń o Nim. Wszystko co wiemy o Bogu, może nas ku Niemu przybliżyć, ale kiedy wiedza ta chce się nam narzucić, istnieje obawa, że Go nam przesłoni, i to bez względu na to jak jest rozległa i prawdziwa. Mamy stawać przed Bogiem nieznanym, przed tajemnicą, ciemnością Bożą, golowi spotkać Go tak, jak On sam zechce się nam dzisiaj objawić. Inaczej zawsze będzie to „Bóg wczorajszy”, a nic Bóg prawdziwy. Ten który wyłącznie może być przedmiotem naszych poszukiwań  i partnerem autentycznej modlitwy. Spotkanie w prawdzie nie może się wydarzyć, jeśli na przeszkodzie stoi sztuczna obecność nieprawdziwego Boga. W prawdziwym spotkaniu nie szuka się tylko uczuciowych uniesień i ekstaz, radości, wizji itd., ale samego Boga.

NIEOBECNOŚĆ BOGA

W kontekście tej prawdy musimy wziąć pod uwagę również fakt. że Bóg może być nieobecny. Jest to oczywiście nieobecność odczuwana przez nas tylko subiektywnie, bo przecież Bóg zawsze jest obecny. Ale może pozostać niewidzialny      i nietykalny dla nas. Może się nam wymykać. To co wyżej powiedzieliśmy o pokorze, powinno nam się teraz przydać. Kiedy Bóg nie daje się nam poznać, kiedy nie czujemy Jego obecności, musimy umieć oczekiwać Go z szacunkiem i bojaźnią. Ale jest jeszcze inny aspekt owej subiektywnej nieobecności Boga. Wzajemna relacja osób tylko wówczas jest prawdziwa, jeśli dokonuje się we wzajemnej wolności. A bardzo często wydaje się nam, że wystarczy abyśmy zaczęli się modlić, a już powinno to Boga zobowiązywać do oddania się do naszej dyspozycji, natychmiastowego wysłuchania nas i odczuwalnego zaznaczenia swojej obecności, dla upewnienia nas, że nas słucha. Gdyby tak się działo, to spotkanie z Bogiem nie miałoby nic wspólnego z wzajemnym stosunkiem dwóch wolnych osób, byłoby wymuszone i mechaniczne, a nie spontaniczne i niosące radość. Zakładałoby ponadto, że zawsze znajdujemy się  w odpowiednim usposobieniu, by widzieć Boga. Alfons de Chateaubriand w godnej uwagi książce: La Reponse du Seigneur (Odpowiedź Pana) traktującej o modlitwie powiada, że pozorna nieobecność Boga przeważnie jest spowodowana przez naszą ślepotę. Chciałbym to zdanie zilustrować przykładem.

Pewnego dnia przyszedł do mnie człowiek, który przez wiele lat szukał Boga. Powiedział ze łzami w oczach: „Ojcze, nie mogę żyć bez Boga. Pokaż mi Boga”. Odpowiedziałem, że nie jestem w stanie pokazać mu Boga, ale też nie sądzę, aby on sam znajdował się w odpowiednim usposobieniu, by Boga widzieć. Zdumiony, zapytał dlaczego. Wówczas zadałem mu pytanie jakie często stawiam tym, którzy do mnie przychodzą: „Czy znalazłeś w Piśmie Świętym ulubione zdanie, które trafia ci wprost do serca, miejsce najcenniejsze spośród znanych ci?” „Tak — odpowiedział — jest to przypowieść o cudzołożnej kobiecie, w rozdziale ósmym Ewangelii świętego Jana”. Kiedy go znów zapytałem: „A gdzie siebie dostrzegasz w tej scenie? Czy jesteś kobietą, która uświadomiła sobie swój grzech i stoi przed sądem, wiedząc, że oczekuje wyroku na życie lub śmierć? Czy się utożsamiasz z Chrystusem, który wszystko rozumie  i wszystko przebacza, dając jej szansę rozpoczęcia odtąd nowego życia? Czy jesteś jednym z oczekujących z boku na werdykt Chrystusa Apostołów, pełnych ufności, że będzie to werdykt miłosierdzia? Czy jesteś jednym z tłumu gapiów — może jednym ze starców, którzy wiedzą dobrze, że grzeszyli i pierwsi są gotowi się wycofać, a może którymś z młodych ludzi, którzy w miarę jak zdają sobie sprawę, że są grzesznikami, wypuszczają jeden po drugim kamienic z rąk, przygotowane przedtem, by je rzucić na kobietę? W którym z aktorów tej sceny widzisz samego siebie?” Po chwili namysłu ów człowiek odpowiedział: „Jestem jedynym Żydem, który nie chce się wycofać, zanim nie ukamienuje kobiety”. Powiedzia-łem mu: „Oto masz odpowiedź. Nie możesz widzieć Boga, bo jest On dla ciebie kimś zupełnie obcym”.

Czy coś podobnego nie przydarza się każdemu z nas? Czyż w każdym z nas nie kryje się jakiś opór wobec Boga, jakaś jego negacja? Czy szukając Go, nie usiłujemy znaleźć Boga na nasze własne podobieństwo, takiego który byłby nam wygodny? I czy wobec tego nie jesteśmy skłonni odrzucić prawdziwego Boga, jeśli nie spełni naszych oczekiwań? Czy gotowi jesteśmy naprawdę spotkać Boga takim, jakim jest, nawet jeśli to spotkanie będzie dla nas oskarżeniem i ogołoceniem ze wszystkich wartości dotychczas przez nas cenionych i poszukiwanych? Czyż nieobecność Boga w naszym życiu i w naszej modlitwie nie jest skutkiem tego, że jest On nam właściwie obcy i my jesteśmy obcy dla Niego, i nawet gdybyśmy stanęli z Nim twarzą w twarz, nie poznalibyśmy Go, nie zwrócilibyśmy na Niego uwagi? Czyż nie to właśnie się wydarzyło, kiedy Chrystus wędrował drogami Judei i Galilei? Ilu współczesnych Mu ludzi mijało Go obojętnie, nie tylko nie poznając, ale nie podejrzewając w Nim niczego niezwykłego? Czy nie tak właśnie patrzył na Niego tłum przy drodze na Golgotę? — jak na opryszka, człowieka zakłócającego spokój publiczny i nic ponadto. A czyż nie tak i my myślimy o Bogu, nawet wtedy gdy już potrafimy przeczuć coś z Jego obecności? Czy nie odwracamy się od Niego z obawą, że może naruszyć błogi spokój naszego uregulowanego życia, zburzyć nasz system wartości? Jeśli tak się rzeczy mają, to nie możemy liczyć na spotkanie Go w modlitwie. A nawet byłbym skłonny określić to jeszcze mocniej: powinniśmy z całego serca dziękować Bogu, że nam nie ofiarowuje swojej obecności w tym stanie i w tym momencie naszego życia, ponieważ Mu nie dowierzamy — i to nie jak Hiob, ale jak ów „gorszy łotr”, z Nim współukrzyżowany. Spotkanie z Bogiem w takich warunkach byłoby dla nas sądem i potępieniem. Musimy zatem nauczyć się rozumieć sens Jego nieobecności i osądzić siebie, aby nie być sądzonymi przez Boga.

Inny jeszcze aspekt Bożej nieobecności ilustruje następująca historia. Kilka lat temu pewna młoda kobieta cierpiąca na nieuleczalną chorobę napisała do mnie w liście: „Jakże jestem wdzięczna Bogu za moją chorobę. W miarę jak słabnę na ciele  czuję, że staję się coraz, bardziej podatna na działanie Boże”. Odpowiedziałem jej tak: „Dziękuj Bogu za to, że tak przeżywasz swoją niemoc, ale nie spodziewaj się, że stan ten będzie trwał zawsze. Przyjdzie czas, że naturalna słabość nie będzie ci przynosiła duchowej siły. Wówczas będziesz musiała powierzyć się tylko samej łasce”. Niewiele czasu upłynęło, gdy znów do mnie napisała: „Stałam się tak słaba, że już nie mam sił, by się rzucić w objęcia Boże, poddać się z ufnością, że Bóg o mnie nie zapomni”. I dodała coś, co może być dla nas nauką: „Módl się, Ojcze, by Pan dal mi odwagę, ażebym nie usiłowała stworzyć sobie iluzji Jego obecności, kiedy będzie mnie straszyć pustka Jego nieobecności”.

Sadzę, że te dwie opowieści nie wymagają komentarza. Ważne jest, abyśmy całkowicie polegali na Bogu. Nie wolno nam opierać się ani na naszej sile, ani dowierzać naszej słabości. Spotkanie z Bogiem jest aktem Jego wolności, nie podlegającym żadnej kontroli z naszej strony. Dlatego tylko wtedy gdy jesteśmy dość pokorni i gdy zaczynamy kochać Boga dla Niego samego, stajemy się zdolni i do spotkania z Nim, i do zniesienia Jego nieobecności, i tylko wtedy Jego nieobecność będzie nas mogła wzbogacić.

BARTYMEUSZ

Rozpaczliwa nadzieja jest również jednym ze sposobów, w jaki możemy spotkać Boga. Mamy na to wiele przykładów w Ewangelii i w życiu świętych. W rozdziale dziesiątym Ewangelii świętego Marka zapisano opowieść o Bartymeuszu, ślepym żebraku, który siedział przy drodze niedaleko Bramy Jerychońskiej. Historia jego uzdrowienia podaje kilka faktów istotnych dla zrozumienia tego, czym jest modlitwa. Bardzo często dziwimy się, że nasze modlitwy nie są wysłuchane. Sądzimy, że wystarczy ofiarować Bogu modlitwę, aby Go zobowiązać do wysłuchania nas. W rzeczywistości, jeśli uważnie zbadamy motywy skłaniające nas do modlitwy   i przyjrzymy się naszym potrzebom, które przedstawiamy Bogu, zauważymy, że nie prosimy na ogól o rzeczy niezbędne nam do życia, ale zupełnie zbyteczne. Łatwość,  z jaką porzucamy modlitwę w chwili, gdy nie jesteśmy wysłuchani, dowodzi, że nawet jeśli prosimy o coś, z czego nie powinniśmy rezygnować, to nic mamy ani cierpliwości, ani wytrwałości, by obstawać przy swo-jej prośbie. W ostateczności wolimy raczej obyć się bez tego, co dla nas konieczne, niż desperacko walczyć. Pewien ojciec Kościoła powiedział, że modlitwa jest jak strzała — zdolna lecieć, wzbijać się jak najwyżej, przeszywać ostrzem przeszkody, ale tylko wtedy gdy jest wypuszczona pewną i silna ręka, z dobrze napiętego łuku. Trafia w sam środek tarczy, jeśli ramię łucznika jest mocne i dokładne. A czego najbardziej brak naszej modlitwie, to właśnie siły ducha  i odczucia powagi własnej sytuacji.

Bartymeusz jest ślepy. Nie wiadomo, czy tracił wzrok powoli, stopniowo tracąc sprzed oczu tak drogi mu, znajomy obraz świata, czy też urodził się ślepcem. Dokładnie wiemy tylko tyle, że jako dorosły człowiek siedział przy zakurzonym trakcie publicznym i żebrał. Ile razy w swym może trzydziestoletnim życiu próbował odzyskać wzrok? Ile razy odwiedzał lekarzy, znachorów, kapłanów, prosząc o modlitwę, o pomoc — każdego kto tylko mógł mu jej w jakiś sposób udzielić? Jak często liczył na ludzi, na ludzki rozum i doświadczenie, wierząc także w miłosierdzie i współczucie, w ludzką dobroć i braterstwo? Jak wiele razy na nowo ożywiała się jego ufność, aby ponownie upaść, martwa, pod ciosem rozczarowań? W Ewangelii zastajemy go siedzącego przy drodze u bram miasta, pokonanego przez życie, nie ubiegającego się już o odzyskanie wzroku, ale o to tylko by przeżyć dzięki litości przechodniów. Nie chodzi mu już  o miłosierdzie, które pochyla się z żarliwą troską i staraniem, ale o oziębłą litość, która wspiera bez współczucia, rzucając anonimowy grosz głodnemu żebrakowi, nie zatrzymawszy na nim bodaj przelotnego spojrzenia. Przechodnie są tak samo ślepi, jak żebrak przy drodze, a może nawet ich ślepota głębsza jest niż jego, bo jest ślepotą sumień i serc, które znieczuliły się na ludzkie braterstwo. Jednakże ta historia wydarzyła się w czasach Chrystusa. Ślepy żebrak musiał coś słyszeć o Nauczycielu, który pojawił się najpierw w Galilei, a teraz, wędruje przez Judeę i całą świętą ziemię Izraela, czyniąc liczne cuda. O tym człowieku powiadają, że uzdrowił niewidomego — przywrócił wzrok ślepemu od urodzenia!

Jakże ta wieść o dalekim Bogu-Uzdrowicielu musiała wstrząsnąć jego wiarą, poruszyć w nim na nowo nadzieję, ale i rozpacz! Nadzieję — bo dla Boga wszystko jest możliwe, a rozpacz — bo nic nie jest możliwe dla człowieka. Jeżeli Bóg zbliży się do niego, będzie uzdrowiony. Ale jakże on, ślepiec, może odnaleźć tego wymykającego się cudotwórcę, wędrującego drogami Galilei i Judei, skoro stale przenosi się z miejsca na miejsce — pojawia się tu i ówdzie tylko po to, by znów zaraz zniknąć. To, że Bóg zbliża się do człowieka w ten sposób, że ożywia ostatnią nadzieję,  a zarazem budzi głębszą jeszcze rozpacz, jest prawdą nie tylko w przypadku Bartymeusza. Prawda ta odnosi się również do naszej sytuacji. Obecność Boga jak ostry miecz oddziela światło od ciemności, ale bardzo często wrzuca nas z powrotem w jeszcze głębszą ciemność, ponieważ Jego obecność oślepia. Właśnie dlatego że Bóg jest i że dzięki temu jest możliwe życie wieczne, tak rozpaczliwie potrzebujemy wyrwać się z wegetacji w tym życiu, które przemija.

Pewnego dnia Bartymeusz siedząc przy drodze słyszy gwar przechodzącego tłumu. Jego wprawne ucho wychwytuje natychmiast coś niezwykłego w tym pochodzie ludzkim, w rozmowach, w całej atmosferze. To nie jest hałaśliwy tłum zgiełkliwej karawany, ten tłum jest wyraźnie skoncentrowany. Pyta przechodzących, co się dzieje. Kto idzie drogą? — Jezus z Nazaretu — odpowiadają. W jednej chwili cala nadzieja     i rozpacz Bartymeusza, jakie nagromadziły się w nim przez całe życie, osiągają szczyt. Ślepiec znajduje się w najgłębszej ciemności wobec najjaśniejszego światła. Oto może zostać uzdrowiony, bo Bóg przechodzi obok. Ale musi wymierzyć dokładnie ów przelotny moment — wyczuć nieomylnie kiedy się zbliży — bo niepowtarzalna chwila może umknąć bezpowrotnie. Jezus znajdzie się w jego zasięgu na moment kilku kroków: przedtem będzie zbyt daleko, by go usłyszeć, pochłonięty rozmową z innymi, potem — oddali się już na zawsze. Bartymeusz wydobywa z siebie rozpaczliwy krzyk nadziei: „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną!" To już jest wyznanie wia-ry. Ślepy człowiek musiał to przemyśleć na wiele miesięcy przedtem, słuchając opowieści o Uzdrowicielu, o cudach doko-nywanych przez Pana. Dla niego Jezus nie jest wędrującym prorokiem — jest Synem Dawida. I tak Go woła, tym imieniem Go błaga. Wokół niego powstają glosy nakazujące milczenie. Jak śmie przerywać Mistrzowi rozmowę z uczniami? Jak śmie się zwracać z tak błahą prośbą do Mistrza, który rozprawia o rzeczach nie z tego świata? Ale Bartymeusz wie do-brze, że całe jego życie, cala jego rozpacz i radość skupiają się w tym jednym momencie, kiedy jego ślepota spotyka się z możliwością uzdrowienia. Krzyczy więc i im usilniej go uciszają, tym głośniej woła Jezusa. A ponieważ modli się tak żarliwie o jedyną, najważniejszą rzecz w jego życiu, zostaje wysłuchany. Pan Go usłyszał. Bóg go uzdrawia i otwiera przed nim nowe życie.

To dla nas niezwykle trudna lekcja. Z jaką powagą powinniśmy podchodzić do modlitwy, jeżeli chcemy, by stała się godną naszego powołania i Tego, który z całą pokorą chce nas wysłuchać! Rozpacz, głód Boga, nagląca życiowa konieczność — oto niezbędne warunki, by modlitwę uczynić strzałą lecącą prosto i pewnie do celu, wystrzeloną z mocnego łuku, silną ręką i niezawodnym okiem.

Jest w tej historii Bartymeusza coś, co chciałbym jeszcze przez chwilę rozważyć. Chodzi o tumult otaczający modlitwę ślepca i obejmujący także Pana. Spotkanie między nimi dwoma miało przecież miejsce w warunkach spotęgowanego hałasu, wewnętrznego zgiełku sprzecznych uczuć nadziei, rozpaczy, lęku, uniesienia   i zewnętrznego gwaru łajających głosów, nakazujących ślepcowi milczenie, bo Pan zajęty jest ważniejszymi sprawami własnej chwały i świętości. Bartymeusz nie jest bynajmniej jedynym, który spotyka Pana wśród takiej wrzawy. Całe nasze życie jest wypełnione nieustannym tumultem i gwarem. W następujących po sobie jedna po drugiej sytuacjach, które domagają się naszej obecności i zaangażowania myśli, uczuć, uwagi, nasze serce i wola przechodzą wciąż od harmonii do sprzeczności i walki,  z chwili na chwilę. I w tej wrzawie nasza dusza zwraca się do Pana, krzyczy do Niego, szuka w Nim odpoczynku. Jakże często sądzimy, że łatwo byłoby nam się modlić, gdyby nam nic nie przeszkadzało i nie odciągało od modlitwy. A jakże często ten tumult właśnie uzdalnia nas do modlitwy.

MODLITWA W ZGIEŁKU

Jakże jednak mamy się modlić w stanie wzburzenia? Chciałbym podać kilka przykładów, pokazujących możliwość takiej modlitwy. Miałbym nawet ochotę nazwać wzburzenie stanem uprzywilejowanym. Jak urwiste skały zmusza nas bowiem do wspinaczki — skoro nie potrafimy fruwać. Pierwszą opowieść zaczerpnę z żywotów ojców Kościoła. Pewien anonimowy asceta odwiedza w górskiej pustelni innego anachoretę, człowieka modlitwy. Podczas rozmowy, odwiedzający, poruszony postępami w modlitwie swego towarzysza, pyta go: „Ojcze, kto cię nauczył modlić się bez przerwy?" A gospodarz, zauważywszy, że jego gość jest człowiekiem o wielkim doświadczeniu duchowym, odpowiada: „Nie każdemu odważyłbym się o tym powiedzieć, ale tobie wyznam prawdę, że nauczyły mnie tego demony". Tamten, zaskoczony, rzecze: „Zgaduję, co masz na myśli, lecz czy nie mógłbyś wyjaśnić mi trochę bardziej szczegółowo, w jaki sposób to się dokonało, abym cię źle nie zrozumiał". A pustelnik opowiedział mu taką historię: „Kiedy byłem młody, nie umiałem ani czytać, ani pisać, żyłem w swojej wiosce w dolinie. Pewnego dnia wszedłem do kościoła i usłyszałem, jak diakon odczytuje napomnienie świętego Pawia, aby się modlić bez ustanku. Usłyszawszy te słowa, uniosłem się wielką radością  i doznałem olśnienia. Kończąc służbę, opuściłem swoją wioskę i z wielką radością udałem się w góry z postanowieniem, by odtąd wieść życie poświęcone wyłącznie modlitwie. Trwałem w takim uniesieniu kilka godzin. Zapadła noc, nastał chłód, zewsząd otoczyły mnie dziwne hałasy, stąpania i wycia. Ukazywały się świecące  w mroku ślepia. Dzikie zwierzęta wyszły ze swych kryjówek na łowy. by zdobyć pożywienie, które im Bóg przeznaczył. A mnie ogarnął lęk, coraz bardziej trząsłem się ze strachu, w miarę jak gęstniał mrok. Całą noc spędziłem w napięciu, sparaliżowany trwogą, nasłuchując tajemniczych kroków, bojąc się chrapliwych dźwięków, cieni, błyskających ślepi, pogrążony we własnej słabości, nieświadomy dokąd się zwrócić   o pomoc. I wówczas zacząłem wołać do Boga, chwytając się pierwszych lepszych słów, jakie mi przyszły do głowy, słów, które zrodził strach: «Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną, choć jestem wielkim grzesznikiem!» Pierwsza noc minęła. Rankiem znikły strachy, ale zaczął mi doskwierać głód. Szukałem pożywienia wśród owocujących krzewów  i na łąkach, ale to co znajdywałem, nic zaspokoiło mojego głodu. A gdy słońce znów zaszło, poczułem, że powracają nocne lęki, zacząłem na nowo wołać do Boga w trwodze i nadziei. W ten sposób spędziłem wiele dni i nocy. Wreszcie upłynął miesiąc. Oswoiłem się z grozą natury ale chociaż modliłem się  z chwili na chwilę, stale pojawiały się nowe pokusy i próby. Teraz demony namiętności zaczęły mnie atakować ze wszystkich stron, a kiedy nocne bestie przestały mnie trwożyć, moce ciemności natarły na moją duszę. Coraz usilniej wolałem do Boga tymi samymi co poprzednio słowami: «Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną». Taka walka trwała latami. Pewnego dnia doszedłem do kresu wytrzymałości. Wolałem do Boga nieustannie, w udręce i agonii i nie słyszałem żadnej odpowiedzi. Bóg wydał mi się nieubłagany i kiedy pękła ostatnia nić nadziei w mojej duszy, zwróciłem się do Pana, mówiąc: «Milczysz, nic Cię nie obchodzi, co się ze mną. stanie, ale jesteś moim Bogiem i Panem, więc raczej umrę tu, gdzie stoję, niż miałbym zaniechać poszukiwania Ciebie». I wówczas nagle objawił mi się Pan i Jego pokój mnie ogarnął. Uspokoiło się wszystko we mnie. Cały świat, który wydawał mi się dotąd mroczny i straszny, teraz ukazał się skąpany w Bożym świetle, jaśniejący Bożą laską, chwalą Jego obecności, podtrzymującej wszystko w istnieniu. W uniesieniu radości i wdzięczności krzyknąłem do Pana słowami jedynej modlitwy, która dotąd wyrażała wszystko, co mnie wypełniało: «Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, grzesznym!» Odtąd te słowa czy to w radości, czy w cierpieniu, w pokusie i walce, czy w chwilach powracającego pokoju, zawsze tryskają z mego serca. Są radosną pieśnią i trwożnym krzykiem do Boga, są modlitwą uwielbienia i wyrazem mojej skruchy".
Przykład tego nieznanego ascety pokazuje, jak cierpienie i rozpacz, tumult  i wrzawa, wydzierają nam z serca owe słowa rozpaczliwego krzyku zrodzone z nadziei mocniejszej niż rozpacz, karmione rozpaczą, ale przekraczające ją.

UCISZENIE BURZY

Często zdarza się nam-przebywać w zgiełku i wrzawie, może mniejszych niż te, które nękały młodego ascetę, a jednak przeważnie im się poddajemy, pozwalając, by nami zawładnęły. Właśnie dlatego nasza modlitwa jest taka lękliwa, pełna wahań, przygłuszona hałasem lub przeciwnie: hałaśliwa, lecz niepewna i niekonsekwentna. Czy nie o tym opowiada nam ewangeliczny opis burzy na Jeziorze Galilejskim? Pan  z uczniami przeprawiają się łodzią przez jezioro. Znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie — jest burza, olbrzymie fale nacierają, wiatr się wzmaga. Uczniowie walczą o życie w najwyższym napięciu i wysiłku, a w tym czasie Pan śpi na .dziobie łodzi, podłożywszy pod głowę poduszkę. Jest Mu wygodnie. A oni nie mogą znieść widoku tego komfortu i spokojnej obojętności. Przytłoczeni grozą zwracają się do Niego, budzą Go, z wyrzutem mówią Mu, co się dzieje: „Panie, nie widzisz, że giniemy?" Ale o co im chodzi, kiedy zadają to pytanie? Proszą Go, o opanowanie burzy? — i tak, i nie. Przede wszystkim chcą, aby podzielił ich cierpienie. Chcą, żeby Go ono wstrząsnęło, tak jak oni są wstrząśnięci. Sądzą, że nie pomoże im, jeżeli nie podzieli ich nieszczęścia. Pan wstaje, ale bynajmniej nie daje się zarazić ich paniką. Zachowuje swój zwykły, pogodny spokój. Zwraca się najpierw do nich: „Jak długo muszę was znosić, ludzie małej wiary?", a potem przemawia do burzy i narzuca swój spokój żywiołom. Rozkazuje falom, by się uspokoiły, wiatrowi, by się uciszył. Wkrótce Jego pokój ogarnia wszystko wokoło. Burza ustała. Uczniowie padają Mu do nóg. Kim On jest? Ciągle mają wątpliwości. Często i my popadamy w ten sam błąd. Zamiast starać się uczestniczyć w pokoju Bożym, prosimy Boga, aby podzielił nasz zgiełk. On oczywiście zgadza się na to, ale z właściwym sobie spokojem. Wrzawa, nieład, dysharmonia, rozprzężenie bardzo często nawiedzają nasze życie — zewnętrzne  i wewnętrzne. Wywołują je wydarzenia, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć  i czyny ludzkie, które przynoszą nam udrękę. Najistotniejszym dla nas problemem jest właśnie to antynomiczne sprzężenie zgiełku życia z modlitwą, roztargnienia z pokojem. Musimy z góry być na to przygotowani, że we wszelkiej konfrontacji wewnętrznego pokoju z życiowym tumultem zwycięstwo będzie zawsze należeć do tego ostatniego, ponieważ nasza modlitwa jest zbyt słabowita, a życie jest twarde. Życie jest brutalne,  a nasza modlitwa, pokój wewnętrzny, duchowa równowaga — niezmiernie kruche. Jeżeli jednak chcemy je wbrew wszystkiemu zachować i odnieść zwycięstwo nad chaosem i zgiełkiem życia, to nie dokonamy tego w otwartej walce. Musimy postępować jak woda, podmywająca wysoki brzeg. Ojcowie powiadają, że woda jest obrazem pokory. Jak ona — drąży w głąb i sięga dna. Jest w tym wiele prawdy, ale woda bywa przecież również gwałtowna i niezwyciężona. Kiedy własnym ciężarem wyżłobi sobie głębokie koryto, wówczas wzbiera, podnosi się i nic nie powstrzyma powodzi. Dokładnie to samo powinna w nas sprawić modlitwa.